wtorek, 19 kwietnia 2016

o porzuconym pomidorze w betonowym kurniku

Wychodzi z domu chwilę po 8, aby 8 godzin przesiedzieć na tyłku. W ciągu 2 godzin wykonuje zlecone jej polecenia, a przez pozostałe 6 udaje, że coś robi. Na początku dopytywała się, czy może  jeszcze coś zrobić, pomagała innym ale na tym straganie nie ma co się wychylać. Nie ma co pucować pomidorów na stoisku, ani wstrzykiwać pestycydów w ogórki aby dodać im koloru. Im szybciej coś robisz tym więcej będziesz musiał zrobić. Ale nie o tym dziś... chce pisać o pomidorze, czerwonym, okrągłym z zielonym ogonkiem. Nie będę pisać o pochodzeniu warzywa, o wartościach mikro i makroelementów w tym czerwonym mięsistym warzywie. Chce skupić się na tym, że mało nie rozdeptałam pomidora na Pradze, wśród betonowych płyt chodnika. Oczywiście przeciętny Janusz i Bożena nie zauważyli pomidora, bo skupili się na parkowaniu Fiata Polo i odpięciu 3 dzieci z fotelików, ale Szczera zauważyła. Szczera zawsze widzi więcej, nie ma zwyczaju skupiania się na ramach i horyzontach. Skupiła się na czerwonym przybyszu leżakującym w słońcu. Pomidory raczej nie zaskakują, są przeróżne odmiany, smaki, kształty i kolory tego warzywa. Ten jednak ją zaskoczył, zaskoczył bo mało nie nastąpiła na niego czarnym trampkiem. Nie chodzi o to, że go nie widziała... ale czy nie fajnie byłoby tego dnia poczuć coś pod butem? Mieć władzę i kontrolę nad mikro i makro światem?

Przecież zawsze lepiej mieć kogoś pod butem, niż być pod czyimś butem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz